Ale Meksyk! Ciudad de México
Miasto Meksyk nie jest rajem na ziemi. Krzyżują się
tutaj spojrzenia 35 milionów ludzi. W drogę wchodzą
sobie 4 miliony pojazdów. Ruch jest obłędny, szalony
i niepojęty. Światło czerwone wydaje się jedynie prowokować
- tubylcy rzadko zwalniają przed nim swoje maszyny.
Na rondzie, skracając drogę, nagminnie jadą pod prąd
(w lewo).
O dziwo - rzadko dochodzi tu do poważnych wypadków.
Położenie na wysokości powyżej 2000 m n.p.m. utrudnia
nam klimatyzację i pokonanie różnicy czasu. To właśnie
tu, w parku Chapultepec (Wzgórze Koników Polnych) -
na terenie niegdysiejszej rezydencji Azteków - dostajemy
manto! W spontanicznym meczu (zaledwie 2 razy po 15
minut) przegrywamy 3:1. Padamy na twarz,
tu nie ma czym oddychać! Słońce kończy dzieło.
Powrót przed zmrokiem wiedzie nas przez Pałac Sztuk
Pięknych (Palacio de Bellas Artes) - pojutrze gra tu
John Zorn. Natomiast w Auditorio Nacional, największej
sali koncertowej w Meksyku (10 tys. osób), dziś wieczorem
zagra Buenavista Social Club. Dawno już wykupione bilety
pozostają poza naszym zasięgiem - nawet u koników. Tę
stratę możemy powetować tylko w jeden sposób. Miejsce
nazywa się słodko - Mama Rumba i jest kubańskim klubem
nocnym z muzyką na żywo. Wejście za równe 25 zł. 7-osobowy
zespół z mocno rozbudowaną sekcją rytmiczną gra porywająco
i profesjonalnie.

Wrażeń wizualnych dopełniają dwie bardzo atrakcyjne
wokalistki. Nogi chodzą same, choć przy Latynosach poruszamy
się jak słonie. Dziewczynom z sąsiedztwa najwyraźniej
to nie przeszkadza - zaczepiają rozmową i proszą na
parkiet. Oczy jak latarnie! Jedna z nich - Chardilla
- jest Kubanką i studiuje w mieście Meksyk socjologię.
Angielskim posługuje się z wyraźną niechęcią, ale pozostajemy
przy nim, bo jest lepszy niż mój hiszpański. Do klubu
przychodzi potańczyć tylko we czwartki - jest mniej
ludzi niż w weekend. Tłumaczy mi, że Kubańczycy tańczą
w szóstkach - trzy rotujące pary. Tym się wyraźnie odróżniają
od Meksykanów tańczących w parach lub solo. Kolejne
drinki zmiękczają nogi. Następnego dnia trafiamy na
rynek w dzielnicy Coyoacan, na którym dzieje się. To
tu urodziła się i mieszkała przez 25 lat Frida Kahlo.
Tu też dokonała swego szalonego żywota.
Dominują: rękodzieło, chłopskie jadło (pozole), koszulki
z Che Guevarą
i oczywiście muzyka. Oto para mieszana, bardzo dobrze
zgrana:
on skrzypce, ona gitara. W ludycznych klimatach son
jarocho on śpiewa (na przemian tenorem i falsetem),
ona powtarza. Kiedy ona śpiewa on nie marnuje czasu
i w pamięci improwizuje kolejne rymy, którymi wkrótce
nam dowali:
Oto właśnie aby polepszyć swoją rasę
przybyli do nas gringo pieniacze,
szczerzą obiektywy
i głodnym wzrokiem pożerają nasze diwy.
Kolebką tych dźwięków od lat pozostaje Tlacotalpan (stan
Veracruz).
Co roku rewelacyjny festiwal tej muzyki przyciąga setki
grup, ścigających się na ulicach miasta w improwizowaniu
bez chwili wytchnienia, tj. 24 godziny na dobę. Zwykle
są to tercety: gitara (typ cuatro lub zwyczajna), skrzypce
i harfa. Jak twierdzi Jurek Mrożek, właściciel meksykańskiego
biura podróży, ten rodzaj muzyki to jedna z najlepszych
rzeczy jaką ma Meksyk. Słynna La Bamba to son jarocho
rodem z Veracruz!
Dużo w tych strofach uszczypliwości pod naszym (domniemanych
Amerykanów) adresem, ale ani cienia agresji. Trubadur
sprytnie odwrócił kota do góry ogonem. O "polepszanie
rasy" posądzani są bowiem Meksykanie udający się
na emigrację - z przytykiem - przez swoich rodaków.
Jest to element dumy narodowej, którą Carlos Fuentes,
wybitny pisarz meksykański, określił słowami: jeśli
nie obronią się Meksykanie, to nie obroni się żaden
człowiek...
Obserwacje potwierdzają słowa Fuentesa - z całą pewnością
wyerodowana po części z tradycji Polska jest obecnie
mocniej zamerykanizowana niż ciągle duchowy Meksyk,
który skutecznie oparł się inwazji McDonalda i plastikowej
pop kultury amerykańskiej. Oddalamy się kolejny raz
pokonani. Czas na rewanż. Dziś gramy w La Corte Final
(The Final Cut), w progresywej klubo-restauracji. Hmmm...
jest czad, są trzy bisy i większości zgromadzonych
nie przeszkadza, że gramy bez skrzypka. Podoba się także
gościom
z polskiej ambasady. Sprzedaje się niemal tyle płyt
co tu obecnych
na koncercie. Jest skromny sukces, który dobrze rokuje.

Moje życie od wielu, wielu lat koncentruje się wokół
podróży i muzyki. Od czterech lat udaje mi się połączyć
dwa w jedno - a to za sprawą koncertów grupy rockowej
Ankh (www.ankh.art.pl), której od 1997 roku pozostaję
managerem. Rok progresywny w Ameryce Łacińskiej? W 1999
roku pojechaliśmy do Brazylii na Rio Art Rock Festiwal,
rok później zaproszono nas do Meksyku na festiwal Baja
Prog V. Rok później były Stany Zjednoczone Ameryki (Nowy
Jork i Chicago), a w tym roku kolejne trzy koncerty
w... Stanach Zjednoczonych Meksyku. Mamy tu swoich fanów.
Tequila
Do miejsca następnego koncertu będziemy jechać trzy
dni (prawie 3000 km). Zagramy jako gwiazda jednego z
wieczorów na prestiżowym festiwalu Baja Prog VII w Mexicali,
stolicy meksykańskiej, tzw. dolnej Kalifornii. Tam zaplanowaliśmy
światową premierę najnowszej płyty studyjnej "Expect
Unexpected", która niedawno ukazała się nakładem
Rock Symphony (Brazylia) i Metal Mind Records (Polska).
Trasa rock'n'rollowej przygody wiedzie m.in. przez uprawy
agawy
i miejscowość Tequila. Grzech się tu nie zatrzymać!
Chmury wiszą nad miastem...? To nie mgiełka tajemnicy,
to opary gorzały! Wydaje się,
że w tym mieście nie można kupić nic innego. Szukałem
sklepu spożywczego i nie znalazłem. Dominują stragany
ze spirytualiami: plastikowe butelki (od litra do pięciu)
i dębowe beczki. Mezcal wytwarza się z soku kilku gatunków
agawy o długich, grubych, stożkowatych kwiatostanach
strzelających spod ziemi. Tequila jest wyrabiana jedynie
z Agave tequilana weber, która rośnie głównie w stanie
Jalisco. Do każdej butelki mezcalu wrzuca się gusanito
de maguey, jadalną gąsienicę żerującą na liściach agawy.
Ceny od 20 do 150 zł za litr, w zależności od gatunku
i czasu leżakowania. Można próbować za darmo i do bólu.
Pięciolitrowa bańka ma nam wystarczyć do Mexicali.
Dla amerykańskich gringos (przecież że nie dla nas),
nieprzyzwyczajonych do siły czystej tequili, meksykańscy
barmani wymyślili margaritę: mieszankę tequili, soku
z limony oraz likieru, podawaną w szklance o brzegach
zroszonych solą lub cukrem.
Baja California
Po drodze na północny zachód mijamy kilkanaście posterunków
wojskowych. Niby szukają przemycanych ze stanu do stanu
owoców, narkotyków i broni. W istocie kontrole są pobieżne
- ot, balsam dla sumienia władz, które utrzymują, że
walczą ze złem. Stany Chihuahua i Sonora nie należą
ani do turystycznych ani gościnnych.
To tu graniczne miasto Ciudad Juárez słynie z okrutnych
mordów, głównie kobiet wykorzystywanych w przemyśle
pornograficznym, narkobiznesie, czy obrzędach... satanistycznych.
Niemniej surrealistyczny krajobraz pustyń Sonora i Altar
z niezliczoną ilością kaktusów pasuje do klimatu naszej
podróży.
Stolica stanu Baja California - Mexicali - leży tuż
przy granicy z USA, przytulona do pustynnej Arizony
i słonecznej Kalifornii. Festiwal Baja Prog, zaliczany
do czołówki tego typu wydarzeń na świecie, odbywa się
w miejscowym Teatro del Estado. Nasze dźwięki uzupełnia
plastycznie Michał Obiedziński, improwizując w czasie
koncertu abstrakcyjne formy za pomocą e-pędzla, tabletu,
komputera i rzutnika multimedialnego. Dobre przyjęcie
- można powiedzieć, że jest 2:2 - nazajutrz miejscowy
dziennik "Espectaculos" poświęca Ankh okładkę
dodatku kulturalnego i całostronicowy artykuł wewnątrz
numeru. Po koncercie w kalifornijskich ciemnościach
muzycy mają jeszcze na tyle energii, że prowokują kolejny
sparing. Na bramce Polaków stoi nasz meksykański przyjaciel
Alberto - wygrywamy 5:0. Czyli suma sumarum jest 3:2!
Estados Unidos de América
W kolejny dzień Alberto proponuje części z nas przejażdżkę.
Jedziemy zbadać, co się dzieje na zielonej granicy Meksyku
i USA. Najpierw asfaltem 50 km za miasto w kierunku
słynnej Tijuany, potem kilkanaście km nieutwardzoną
drogą wzdłuż granicy ze Stanami. Kątem oka mijamy skulonych
strachem Latynosów maszerujących dzielnie w pustynną
otchłań. Dojeżdżamy do miejsca gdzie stoi słup graniczny
- żadnych zasieków czy zaoranej ziemi, tylko pustynna
fatamorgana i majaczące w oddali amerykańskie Calexico
- ziemia obiecana, cel i marzenie także tych, których
spotkaliśmy kilkanaście km wcześniej. W odległości wzroku
dostrzegamy schwytanych na gorącym uczynku. Towarzyszą
im dwa samochody amerykańskiej straży granicznej. Teleobiektyw
jeszcze precyzyjniej odbiera to zdarzenie. Aby strzelić
lepsze zdjęcie, przechodzę na stronę amerykańską około
100 metrów od granicy. Jestem na szczycie niewielkiego
wzgórza. Stąd jak na dłoni widzę wszystko dookoła w
promieniu kilku km. Trzask migawki i o dziwo ryk silnika!
I to nie jest fatamorgana - w moim kierunku, jakby spod
ziemi, sunie terenowy Border Patrol. Stojący po swojej
stronie Alberto krzyczy do mnie, że jak zdążę - napijemy
się dzisiaj razem tequili. Adrenalina napina mięśnie
i ostatnim rzutem na taśmę wpadam na stronę meksykańską.
Tuż za mną w ostrym wirażu buksują opony Amerykanów.
Wszystko dzieje się bardzo szybko i bardzo blisko. Na
szczęście mam odbezpieczoną migawkę. Zdjęcie z pozycji
półleżącej schwytuje oddalający się pojazd z przyciemnionymi
szybami.
Serce wali jak młot udarowy przez całą drogę powrotu
do hotelu.
Skąd oni się wzięli? - na to pytanie do tej pory nie
potrafię sobie odpowiedzieć.
Peninsula California
Kolejne dni przynoszą nie mniej wrażeń, ale zupełnie
innej materii. Korzystając z dłuższego postoju grupy
w Mexicali, udaje mi się wyrwać na Półwysep Kalifornijski,
który od dawna pozostaje niezrealizowanym celem moich
podróży. Carretera Transpeninsular nie jest, niestety,
autostradą. To wijące się setkami kilometrów serpentyny
i ciężko się tutaj prowadzi auto. Skowyt żołądka wynagradzają
tzw. zapierające dech w biuście widoki. Odkrywam dla
siebie nieprawdopodobnej urody krajobrazy, endemiczną
florę i faunę, która dzięki minimalnej ingerencji człowieka
zachowała swą pierwotną siłę i organiczne piękno. Skojarzenia
z dawnymi epokami geologicznymi są elementem podróży
przesterowanej słońcem wyobraźni ale nie tylko... Półwysep
Kalifornijski poprzez swoją izolację i niewielkie zaludnienie
pozostaje dla mnie jednym z najciekawszych zakątków
na świecie.
Dodatkowym bonusem wyjazdu jest możliwość obserwacji
wieloryba szarego w pacyficznej lagunie Ojo de Liebre
(mniej więcej w połowie długości półwyspu), gdzie co
roku od stycznia do marca przypływają setki tych wielkich
ssaków w celu odbycia igraszek godowych. Mam okazję
obserwować to z szalupy, której długość nie ma nic do
rozmiarów dziesiątek olbrzymich cielsk, które z gracją
przemykają tuż obok, na wyciągnięcie dłoni... Policia
peligrosa?
Po kilku tygodniach spędzonych w urzekającym północnym
Meksyku gnamy na samolot na ostatnią chwilę i zapada
decyzja o jeździe samochodem w nocy. Pędzimy z północy
kraju w kierunku miasta Meksyk. Następnego dnia mamy
w południe zwrócić samochód do wypożyczalni koło lotniska.
Plan zakłada dojechanie nocą do San Juan Teotihuacán,
czyli nocleg jak najbliżej słynnych piramid i zobaczenie
ich o świcie. Dysponujemy przejrzystym planem miasta
Meksyku, ale, niestety, mimo kilku prób nie udaje nam
się zjechać
w kierunku San Juan. Jest druga w nocy. Zjeżdżamy na
stację benzynową, gdzie lituje się nad nami jeden z
tankujących kierowców. Obiecuje podprowadzić nas, choć
nie jest mu po drodze. Po przejechaniu ok. 15 km zatrzymuje
samochód i wyjaśnia, że jesteśmy już na właściwej szosie.
Dziękujemy grzecznie i Meksykanin odjeżdża w swoim kierunku.
Kiedy ruszamy, okazuje się, że jedzie za nami policja.
Radiowóz okrąża nas dwukrotnie, a dwóch mundurowych
bacznie przygląda się, kto jest w środku.
W końcu radiowóz wyprzedza nas i daje sygnał do zatrzymania.
Mundurowy przedstawia się jako szeryf i pyta, gdzie
jedziemy. Kiedy odpowiadamy, stwierdza, że nas podprowadzi...
za 300 $. To nie są żarty! Po krótkiej naradzie po polsku
przekonujemy, że nie jesteśmy Amerykanami i nie mamy
dolarów. Wtedy szeryf wyciąga służbowy notes i pisze
krótko - 300 pesos! Wydziera kartkę z notesu, pokazuje
nam i... z szelmowskim uśmiechem konsumuje. Hmmm...
czytelny sygnał, że sprawiedliwość jest po jego stronie.
Pospiesznie odliczamy należny haracz i wręczamy policjantowi.
Opór nie ma sensu. Na szczęście oddala się szukać kolejnych
gringos... I kto by się spodziewał rabunku przez stróżów
bezpieczeństwa?
A może to byli przebierańcy?