powrót do strony głównej

Mały Budda - Birma, czyli Mjanmar
Mjanmar, do 1989 roku kraj znany jako Birma, pozostaje trudno dostępnym dla turystów i przez to jeszcze bardziej egzotycznym miejscem w naszej Wiosce Globalnej. Rządni niezapomnianych wrażeń, prawdziwi globtroterzy, niepoprawni romantycy mogąi powinni próbować szczęścia. Birma, to bez wątpienia perła Indochin, kraj który potencjalnemu turyście ma do zaoferowania nieporównywalnie więcej niż zadeptana sąsiednia Tajlandia, czy inne kraje regionu. Prócz niezwykłego klimatu kraju cofniętego w czasie o kilkadziesiąt lat, podróżnik spotka tu niezwykle przyjaznych ludzi, wielkie spektrum buddyjskich zabytków sakralnych z różnych wieków i prawdziwą egzotykę na każdym kroku.

To w Birmie w miejscowości Bagan (dawniej Pagan) na przestrzeni niespełna 40 km kwadratowych znajduje się ponad 5 tysięcy (!!!) buddyjskich świątyń. Prawdziwym cudem świata, niezwykle magicznym miejscem jest Shwedagon Paya w Rangunie, stumetrowa stupa ze szczerego złota i diamentów, miejsce pielgrzymek setek tysięcy buddystów birmańskich. Podobnych miejsc w Birmie jest wiele, zbyt wiele aby zobaczyć je w ciągu 28 dni.
Rządząca junta nie zezwala obcokrajowcom na wjazd do kraju lądem lub statkiem. Najprościej polecieć najpierw do Bangkoku. Tam w ciągu dwóch dni można załatwić wizę mjanmarską ważną 28 dni. Samolot w dwie strony z Bangkoku do Rangunu (obecnie Jangon) i wiza kosztują razem ok. 150 USD. Jako bardziej wiarygodne polecamy linie tajskie, choć osobiście byliśmy bardzo zaskoczeni wysokim poziomem usług linii birmańskich. Mjanmar jest krajem bardzo tanim. Najdroższej jest w Rangunie - pokój w hotelu o przyzwoitym standardzie kosztuje 6 do 10 USD, poza Rangunem zaledwie 3 USD. Bilet na autobus z Rangunu do Mandalaj (ok. 800 km) to wydatek zaledwie 6 USD. Drogie są bilety wstępu do obiektów sakralnych - ok. 5 USD. Przepyszny obiad (kuchnia chińska) można zjeść za dolara. Niemiłą niespodzianką jest przymusowa wymiana przy odprawie celnej 300 USD na równo warte FEC (Foreign Exchange Certificat) - odpowiedniki naszych niegdyś bonów PKO. Niewielka łapówka wręczona urzędnikowi emigracyjnemu pomaga uniknąć tej operacji. Bonami FEC obcokrajowcy płacą w kontrolowanych przez reżim hotelach, środkach lokomocji i za wszelkiego rodzaju wstępy. Zarówno dolary jak i bony FEC można bez strachu wymieniać na czarnym rynku na miejscową walutę Kyat. Suma 10-15 USD na dzień zapewnia globtroterowi przyzwoity, jak na ten kraj, standard. Obcokrajowcy mogą czuć się bezpiecznie o ile nie szukają przygód w kontaktach z opozycją i trzymają się z daleka od wszelkich demonstracji. W zasadzie po kraju można poruszać się tylko po wytyczonych przez rząd trasach. Niestety, ciągle większa część kraju pozostaje niedostępna (patrole wojskowe sprawdzają podróżnych na rogatkach każdego miasta). Szczególnie niedostępny jest północny wschód, opiumowe eldorado rządzone przez poszukiwanego przez CIA narkotykowego barona Kun Sa, dysponującego prywatną armią.
W zeszłym roku minęło 10 lat od pamiętnych dni sierpnia, kiedy wojsko otworzyło ogień do pokojowej demonstracji opozycji
w Rangunie. Zginęło 10 tysięcy bezbronnych ludzi, 700 tysięcy uciekło za granicę, dwa miliony ludzi zmuszono do opuszczenia domówi koczowania w dżungli. Światowe media nie odnotowały masakry, bo ich tam nie było...Terror wojskowej junty trwa.

Nietrudno wyobrazić sobie, że ekonomia kraju rządzonego wg komunistycznych reguł przez wojskowych kacyków jest od lat na skraju przepaści. Do najbardziej wyrafinowanych sposobów ratowania upadającej ekonomi należy wybryk stojącego na czele rządu generała Ne Wina, który w 1980 roku w ciągu jednej nocy unieważnił wszystkie banknoty o wysokich nominałach,
a wprowadził nominały 45 i 90 Kyat, opierając decyzję o swój szczęśliwy numer 9. Setki tysięcy ludzi poszło z torbami. Rekompensaty nikt nie otrzymał.
Benzyna od lat jest reglamentowana, a na import luksusowych (markowych) produktów wprowadzono restrykcje. Luksusem okazał się także prąd elektryczny. Bez uprzedzenia i wyjaśnień rząd pozbawia prądu domów i hoteli, które do niedawna były oazą normalności w tym pięknym kraju. Telefony od zawsze były tu najcenniejszymi dopustami cywilizacji. Teraz nawet na te nieliczne nie można liczyć. Rząd powyłączał. Nawet najbliższe miasta nie mają ze sobą kontaktu. Za posiadanie faksu grozi długoletnie więzienie w najcięższych warunkach. Skąd my to znamy?...
Tak bardzo rząd obawia się kolejnych ruchów opozycji, a przede wszystkim stojącej na czele charyzmatycznej (i pięknej) Aung San Suu Kyi, laureatki pokojowej nagrody Nobla z 1992 roku. Jej partia, Narodowa Liga Na Rzecz Demokracji, w wyborach w 1990 roku zdobyła 82% głosów. Junta odmówiła jednak przejęcia władzy przez opozycję, zaś większość opozycyjnych działaczy osadzono w więzieniach, poddano represjom, lub wypędzono z kraju. Aung San Suu Kyi do 1995 roku pozostawała w areszcie domowym. W sierpniu 1998 roku kilkakrotnie próbowała opuścić Rangun, by spotkać się
z działaczami poza stolicą. Za każdym razem wojsko zmuszało ją do zawrócenia z drogi. Tym razem kamery pokazały światu samochód, który przez 6 dni tkwił 36 km od Rangunu, a w nim laureatka Nobla. Posypały się międzynarodowe oświadczenia. Sekretarz stanu USA Madaleine Albright postraszyła juntę, że rząd ponosi całkowitą odpowiedzialność za zdrowie
i bezpieczeństwo Pani Suu Kyi, że konieczny jest w Birmie przełom. Birmański rząd potraktował te oświadczenia jako ingerencję w wewnętrzne sprawy kraju obcego państwa, itd. Skąd to znamy?...
Podaję te wszystkie fakty, ponieważ chcę zwrócić uwagę potencjalnych podróżników na bardzo niestabilną sytuację w tym kraju, która może zmieniać się z tygodnia na tydzień. Trzeba o tym pamiętać udając się do państwa Mjanmar i nastawiać uszu na wszelkie wieści płynące stamtąd. Pozostałym chcę przedstawić kraj, który tak dzielnie i z takimi ofiarami walczy o swoją wolność z nieobliczalnym reżimem. Historia lubi się powtarzać.

Marek Tomalik