powrót do strony głównej

Ernest Henry Shackleton

Urodzony w 1874 roku irlandzki podróżnik pierwszy raz wyruszył na wyprawę na południe z kapitanem Robertem Falconem Scottem w 1901 roku. Wyprawa zakończyła się niepowodzeniem, gdyż już po pierwszej zimie Shackleton wrócił do domu ze szkorbutem. Pięć lat później, tym razem kierując własną ekspedycją, zdobył sławę przejściem w odległości 160 kilometrów od bieguna południowego. Nikt nie był tak daleko na południe. W grudniu 1911 roku Roald Amundsen zdobył biegun południowy dla Norwegii. Pozostała już tylko jedna nagroda do zdobycia - przebycie Antarktydy pieszo. Ekspedycja opuściła Plymouth 8 sierpnia 1914 roku, tuż po wybuchu pierwszej wojny światowej.

5 grudnia 1914 roku W Grytviken, osiedlu wielorybników położonym
na Georgii Południowej, odbyło się pożegnanie wyprawy Ernesta Shackletona. Statek "Endurance" z szefem ekspedycji i jego 27 ludźmi
na podkładzie miał popłynąć ku odległemu o 1100 kilometrów
na południe Morzu Weddella. Celem podróżników było przejście
w poprzek Antarktydy.

Inna grupa miała dopłynąć na statku "Aurora" z drugiej strony lądu, by tam założyć składy żywności dla wyprawy.
Shackleton stał oparty o reling na dziobie i spoglądał na pokrzywione falami odbicie "Endurance". Był 40-letnim mężczyzną, średniego wzrostu, o grubym karkui szerokich barach. Miał sympatyczną twarz, w której rysach najbardziej uwidaczniały się szczęki. Były jak z żelaza, podobnie jak uścisk małych dłoni. Mówiono o nim, że niezależnie od sytuacji zawsze był pewien osiągnięcia celu.

Jeszcze niedawno statek nosił nazwę "Polaris" i należał do norweskiego magnata wielorybniczego. Był to trójmasztowiec, wyposażony w maszynę pomocniczą, mający 42 metry długości i 8 metrów szerokości. Shackleton odkupił go i przechrzcił. Nazwa "Endurance" (wytrwałość) była odbiciem rodzinnego motta: "Fortitudine vincimus" (zwyciężymy wytrwałością). Przyjaciele przekonywali, żeby pozostawił starą. Zmiana nazwy przynosi bowiem nieszczęście.

Ale Shackleton był człowiekiem wyjątkowo upartym.
Mroźny wiatr powiał od południa. "Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, powinniśmy pod koniec roku przybić do lądu na Morzu Weddella" - pomyślał Shackleton i skierował kroki na mostek. Zmierzchało.
Nie dostrzegł jasnej poświaty na ołowianych chmurach, tuż nad horyzontem. Pochodziła od niewidocznego jeszcze lodowego paku. Pojawiły się pierwsze lody.

Przez pierwsze tygodnie grudnia statek przedzierał się przez pola kry. Bywało jednak, że stał nieruchomo, czekając aż kra nieco się rozluźni. Wielu członków wyprawy, kapitana Worsleya nie wyłączając, widziało pola lodowe po raz pierwszy. Wydawane przez trzaskający lód odgłosy wywoływały szokujące wrażenie. Stopniowo się jednak przyzwyczajali. Nikt nie popadał w pesymizm, a Boże Narodzenie świętowali radośnie. Obiad był wyśmienity, zapijany obficie piwem i rumem. Wieczorem chudy meteorolog Hussey, po opowiedzeniu kilku sprośnych żartów, wyjął swoje banjo. Głosy rozśpiewanej załogi, włącznie z niemiłosiernie fałszującym Shackletonem (nazywanym bossem, czyli szefem), niosły się daleko od statku.

9 stycznia 1918 roku Podróżnicy dostrzegli ciemne pasmo na horyzoncie. Przed statkiem rozpostarły się wreszcie otwarte wody. Kapitan Worsley zapisał: "Czujemy się tak jak Vasco Nunez de Balboa, kiedy przedarłszy się przez puszczę Przesmyku Panamskiego ujrzał przed sobą Pacyfik".
W Shackletona wstąpiła nadzieja. Na otwartych wodach "Endurance" mógł rozwinąć bez pomocy żagli prędkość do 11 węzłów. Pokonując codziennie ponad 370 kilometrów mieli szansę dotrzeć do Zatoki Vahsel, którą wytypowali na bazę.

10 stycznia po południu Okrzyk "Ląd!" wyciągnął wszystkich na pokład. Przez następnych pięć dni płynęli wzdłuż lodowej bariery wybrzeża.
15 stycznia Do celu pozostało im tylko 370 kilometrów.
Tej nocy Shackleton nie mógł zasnąć. Na barometrze ciśnienie szybko spadało, pułapka się zatrzasnęła. Wiatr, jaki nadleciał z północnego wschodu, miał siłę huraganu. Skierowali statek w zacisze olbrzymiej góry lodowej i z przerażeniem spoglądali, jak kra zaciskała się dookoła burt. Była dziwna, przypominała gęsty pudding.

Kiedy po dziesięciu dniach wichura zelżała, wszędzie, gdzie spojrzeli, ciągnęła się lodowa biel. Czekali na wiatr z przeciwnego kierunku, który mógłby rozluźnić lody i wyzwolić "Endurance".

"Zamarznięty niby migdał w bloku czekoladowym" - tak opisał sytuację statku magazynier Orde-Lees. Natomiast McNeish, posępny stary cieśla, określił położenie, w jakim się znaleźli, bardziej realistycznie: "Żadnych oznak jakiegoś otwarcia, nie widzę większych szans, że w ogóle się uwolnimy..."

Przez następne dni dwa słowa "ciągle trzyma" powtarzały się bez przerwy w notatkach. Cisza zaległa dookoła i nadszedł siarczysty mróz.
Na początku lutego bezskutecznie próbowali uwolnić statek i przebić się do kanałów wodnych, które otwierały się w pobliżu.

24 lutego 1915 roku, 83 dzień wyprawy, mróz 18 stopni, bezwietrznie. Shackleton poprosił do siebie Wilda, swego zastępcę i przyjaciela
z poprzednich wypraw. "Koniec z tymi męczącymi wachtami morskimi, Frank. Od dzisiaj śpimy normalnie w nocy" - milknie na chwilę i dodaje: "Od jutra przygotowujemy się do zimowania na statku".

Najważniejsze było zgromadzenie zapasów świeżego mięsa. Zaczęli polować na foki i pingwiny. Do końca kwietnia zdołali zgromadzić ponad 2300 kilogramów mięsa i tłuszczu. Jednak liczba zwierząt z nadejściem jesieni szybko się zmniejszała, ponieważ foki i pingwiny wyniosły się
na północ, gdzie słońce świeciło dłużej. Na początku maja słońce po raz ostatni ukazało się na chwilę nad horyzontem i natychmiast zniknęło. "Endurance niczym mikroskopijna kropka pośród lodów - rozmył się w półmroku nadchodzącej nocy. A potem zapadające ciemności pochłonęły go całkowicie. Dla członków wyprawy statek był jedyną ostoją. Wierzyli, że wydostaną się z opresji.

Tę swoją wiarę wiązali głównie z Shackletonem. Zegar pokładowy wyznaczał takt pełen nadziei. Towarzyszyło im jednak jeszcze jedno, niezwykłe tykanie. Statek był niczym wskazówka w lodowej tarczy. Prądy obracały nim powoli wokoło Morza Weddella - ku przerażeniu załogi "Endurance".

Członkowie wyprawy stanowili wyjątkowy zespół. Od absolwentów Oxfordu po rybaków z Yorkshire. Noc polarna zamknęła, ich w bezkresach morza jeszcze bardziej niż lody. Na szczęście Shackleton miął pewną bardzo ważną cechę. Kiedy kierował ludźmi w ekstremalnych warunkach stawał się niezwykłym przywódcą. "Najwiekszym jaki chodził kiedykolwiek po tej ziemi" - napisał o nim Cheetham trzeci oficer "Endurance". Kiedy Shackleton dobierał członków ekspedycji liczyło się pierwsze wrażenie. Mylił się bardzo rzadko. Chirurga Macklina przyjął kiedy w odpowiedzi na zadane mu pytanie "Dlaczego nosi pan okulary ?" usłyszał "Bo wiele rozumnych twarzy głupio wygląda bez szkieł"

Jednak podczas nocy polarnej u 28 mężczyzn żyjących w ciasnych pomieszczeniach uwięzionego lodami statku musiały wyjść na jaw wszystkie ukryte cechy. "Nie chcąc dopuścić do rozprężenia wśród załogi poleciłem opuścić na lodowe pole nasz samochód" - zapisał Shackleton w swoim dzienniku. Silnik gąsienicowego pojazdu zaskoczył bez trudu. Wehikuł ruszył ciągnąc obciążone sanie z łatwością pokonywał śnieżne zaspy. Polarnicy krzyczeli z radości. Trzymał siarczysty mróz. Średnia temperatura czerwca wynosiła prawie minus 30 stopni. Na szczęście wiatry były słabe.

Gra w piłkę nożną, wyścigi psich zaprzęgów, badanie morskich wód, wycinanie brył lodowych, aby pozyskać wodę do picia - oto, czym zajmowali się członkowie ekspedycji. Naprawiali też zniszczoną odzież, polowali na foki. "Cieśla, nasza "złota rączka", w środkowej ładowni przygotował dla naukowców i oficerów wygodne kabiny. Suche i ciepłe" - zapisał Shackleton. Nowe pomieszczenia nazwali hotelem "Ritz". Tętniły życiem: odbywały się tam uroczystości, wykłady, pokazy przeźroczy, toczyła się gra w kości. Z każdą dobą załoga, zamiast działać sobie na nerwy, stanowiła coraz bardziej zwarty kolektyw.

Polarnicy wykorzystywali każdą okazję do świętowania. Nie pomijali żadnych urodzin ani jubileuszy. Często też spekulowali na temat rozwoju wydarzeń w I wojnie światowej, która już trwała, kiedy w grudniu 1914 roku wyruszali z Grytvikęn. Żaden z tych 28 mężczyzn uwięzionych w lodach Antarktyki nie wyobrażał sobie, jak bardzo świat oszalał.

22 czerwca 1915 roku, 200 dzień wyprawy, połowa nocy antarktycznej W "Ritzu" bal przebierańców. Toasty i głośny śpiew. "Boże, zbaw króla" niosło się z pomieszczeń na pokład. Ale już kilkadziesiąt metrów od "Enduranee" radosny zgiełk zanikał. Dało się natomiast słyszeć coś innego. "Niski, buczący odgłos, przechodzący w długi skrzypiący trzask" - zapisał kapitan Worsley. Lód budził się z krótkiej drzemki. Na razie były to tylko pomruki. 26 lipca ukazał się rąbek słońca. W zapiskach Shackletona słowa z tych były jednostajne: "Bez zmian, bez zmian, wciąż to samo". Tkwili bezradnie w lodzie.

W sierpniu spostrzegli, że lód dookoła zaczął falować. W pewnym momencie statek kilkakrotnie się uniósł, po czym zastygł nieznacznie przechylony. Mijały nerwowe dni oczekiwania. Pomału jednak dryfowali na północ, ku otwartym wodom oceanu. W sierpniu przesunęli się w ten sposób aż o 300 kilometrów.

Z końcem miesiąca lody nacisnęły z nieprawdopodobną siłą. Statek trząsł się jak w febrze przez trzy dni z rzędu. Worsley nie mógł wyjść z podziwu dla jego wytrzymałości. Zapisał w dzienniku: "Zdaje się mówić do gniotącego go, głodnego paku: możesz mnie zmiażdżyć, ale niech mnie cholera, jeśli ustąpię ci o cal".

We wrześniu i październiku statek odpierał wszystkie ataki kry. Nacisk lodu powyginał pokładowe bale, lecz nadal nie było przecieków. Mieli nadzieję, że i lód w końcu się "zmęczy". Ale to było tylko przegrupowanie szyków przed ostatecznym uderzeniem.

"Jesteśmy bezsilnymi intruzami w obcym świecie, nasze życie zależy
od igraszki bezlitosnych żywiołów, które w żywe oczy kpią sobie
z naszych mizernych wysiłków" - zapisał w swoim dzienniku Shackleton.

24 października napierające kry oderwały część poszycia prawej burty z tyłu statku. Woda zaczęła wdzierać się do wnętrza. Włączono pompy i zaczęto budować wodoszczelną grodź. Po dziesięciu godzinach walki wszyscy padali ze zmęczenia. Atak szedł za atakiem. Potwornej wielkości bryły o wadze kilku ton, wyrzucane lekko jak piórka w górę, zwalały się na pokład i burty. Za nimi z horyzontu nadciągały nowe.


Stado pingwinów zatrzymało się niedaleko statku. Ptaki wydawały z siebie żałosne okrzyki. Stary marynarz McLeod przerwał pompowanie i rzekł do Macklina: "To zły znak, żaden z nas do domu nie wróci".

Shackleton na dźwięk tych słów tylko przygryzł wargi. Tej nocy nie zmrużył oka. Dla niego rozczarowanie było szczególnie gorzkie. Wiele czasu i energii pochłonęły przygotowania do wyprawy. Europa była zajęta działaniami wojennymi, wiedział więc, że to mało prawdopodobne, aby możliwość zorganizowania ponownej ekspedycji w ogóle się powtórzyła. Zdawał sobie przy tym sprawę, że jego ludzie będą z niego brać przykład i będą słuchać jego wskazówek.

Ukrywał więc swoje uczucia i na zewnątrz starał się sprawiać wrażenie człowieka spokojnego i pewnego siebie. 27 października, 327 dzień wyprawy tego dnia Shackleton zamknął dziennik najboleśniejszym zapisem: "Po trzech dobach bezowocnej walki 27 października 1915 roku uległem i dałem rozkaz opuszczenia statku".

Agonia "Endurance" powoli dobiegała końca. Najpierw statek został zmiażdżony przez krę, a po tygodniu wszystko, co z niego pozostało, uniknęło pod lodem. Ze zmiażdżonego przez lód statku zdołali zabrać tylko najniezbędniejsze rzeczy. Przenosiny z wygodnych kajut "Endurance" do wilgotnych namiotów były pierwszą próbą wytrzymałości.

Shackleton był jednak człowiekiem czynu i miał już gotowy plan działań: marsz po lodzie w stronę Wyspy Pauleta, wyspy odległej o 600 kilometrów w kierunku północno-zachodnim. Tam były składy z żywnością pozostawioną w 1902 roku. Shackleton ustalił, co można wziąć ze sobą: odzież, buty, śpiwór, funt tytoniu i dwa funty niezbędnych rzeczy osobistych. Tylko chirurdzy mogli wziąć więcej. Husseyowi pozwolił zabrać banjo.

Aby dać przykład, Shackleton wziął ze statku Biblię, wyrwał stronicę z Księgi Hioba, a Pismo Święte zostawił na lodzie. Oto wersety, które zabrał: "Z czyjego łona lód wyszedł?

Kto rozmnożył szron z nieba? Jak to woda krzepnie na kamień, powierzchnia głębiny się ścina?". Shackleton nigdy się nie dowiedział, że jeden ze starszych marynarzy, przesądny Tom McLeod, zabrał ze sobą Biblię w tajemnicy przed wszystkimi. Wierzył bowiem, że zostawienie jej na śniegu przyniesie wyprawie pecha. "Błagam Boga, żeby pozwolił mi doprowadzić całą wyprawę do cywilizacji" - zapisał Shackleton w przeddzień wyruszenia. Martwił się nie tylko o zapasy czy schronienie, ale też o morale. Obawiał się depresji i szkorbutu, tradycyjnych towarzyszy wypraw polarnych.

Można było ustrzec się szkorbutu spożywając podroby świeżo zabitych zwierząt, ale zapobieganie depresji wymagało bardziej skomplikowanego działania. "Optymizm to prawdziwa odwaga moralna" - często powtarzał Shackleton. Szczególnie troszczył się o marynarzy, których wyjątkowo dotknęła utrata "Endurance". Jak kiedyś stwierdził: "Dla marynarza statek znaczy więcej niż pływający dom".

Shackleton i jego ludzie opuścili statek. Przed nimi rozciągał się bezmiar paku lodowego, niknącego gdzieś za horyzontem.
Od tej chwili lód pożerał "Endurance" jeszcze przez kilka tygodni.
Marsz okazał się jednak ponad ich siły. Robili mniej niż mile dziennie. To nie było pole kry, tylko jeden wielki chaos.

W końcu znaleźli solidny kawał płaskiego lodu i rozbili obóz, który nazwali Ocean Camp. Przenosiny z przytulnych kabin na statku do przepełnionych i wilgotnych namiotów na lodzie uczyniły z nich rozbitków. Szybko przystosowali się do nowych warunków. "Gotowi jesteśmy zjeść wszystko, nawet gotowany tłuszcz, którego przedtem nikt z nas by nie tknął" - zapisał Worsley.


Kilkakrotnie jeszcze wyprawiali się do zgniatanego statku i zabrali wszystko co mogło się przydać. Z drewnianych bali i desek zbudowali wieżę obserwacyjną. Lodowe pole powoli płynęło wraz z nimi

na północ. W ciągu listopada przebyli 110 kilometrów - jeden stopień szerokości geograficznej. Trzy łodzie stały obok namiotów, przygotowane do spuszczenia na wodę. Plan Shackletona był prosty: gdy tylko lody się rozluźnią, popłyną wodnymi kanałami w kierunku lądu. Jeżeli pak nie puści przed nastaniem kolejnej zimy, przejdą po lodzie.

Istniał jeszcze trzeci wariant: prądy mogły przemieścić ich krę na północny wschód, w kierunku otwartego oceanu. W grudniu rwa kulszowa nie pozwoliła Shackletonowi opuścić śpiwora. W połowie miesiąca wyszedł wreszcie z namiotu i dostrzegł ponure nastroje wśród członków wyprawy. "Stosuje się najgorsze wyrażenia do okazania serdeczności, co gorsza, toleruje się taki stan rzeczy" - zapisał.
"To skutki bezczynności" - uznał. Polecił zlikwidowanie obozu. Polarnicy wyruszyli na zachód, ciągnąc ze sobą dwie łodzie.

Wigilia, 1915 rok, 385 dzień wyprawy, trwał morderczy marsz.
Po pięciu dniach się poddali. Przebyli zaledwie 15 kilometrów. Dwa dni przed Nowym Rokiem utknęli w miejscu, które nazwali później Patience Camp (obóz cierpliwości). Różnił się on od poprzedniego pod wieloma względami. Był skromniej urządzony. W Ocean Camp zostały ciężkie podłogi namiotowe, tu musieli zadowolić się brezentowymi płachtami. Dryf niósł ich powoli na północ. Tylko raz potężna wichura przyspieszyła ruch lodów. Śnieg wciskał się do namiotów i śpiworów. Leżeli przemarznięci, lecz nikt nie narzekał. Rozgrzewała ich nadzieja, że zbliżają się do Wyspy Pauleta. Przez tydzień posunęli się o 170 kilometrów na północ. Potem znowu nastała cisza.

Zapasy żywności szybko topniały, musieli radykalnie zmniejszyć dzienne racje. Polowali na foki, lecz było ich coraz mniej. Shackleton wydał Wildowi polecenie zabicia większości psów. "Znałem wielu ludzi, których wolałem zastrzelić niż najgorszego z tych psów" - zapisał Wild po tej egzekucji.

Ludzie mieli coraz bardziej posępne miny. Zaczęły się niesnaski. Sylwetka parowca "Yelcho", którą 30 sierpnia 1916 roku ujrzało na horyzoncie 22 rozbitków koczujących na Wyspie Słoniowej, była najwspanialszym widokiem w ich życiu.
Luty 1916 roku Shackleton zanotował w dzienniku: "Jestem już bardzo zmęczony". W jego namiocie mieszkali ci członkowie wyprawy, którzy najbardziej narzekali. Miał dzięki temu nad nimi kontrolę. Ale on sam też był na granicy wytrzymałości. Zapisał pewnego dnia tylko jedno słowo w poprzek całej strony: "Cierpliwości". "Trzeba ludzi rozruszać" - powiedział do Wilda. Zorganizowali wyprawę do Ocean Camp po resztę zostawionej tam żywności i po to, co miało dla nich jakąkolwiek wartość. Powrót był świętem. Tytoń, mąka, kostki bulionu, trochę śledzi i kilka tomów encyklopedii. Drugi kurs był dużo trudniejszy, gdyż przyciągnęli pozostawioną w Ocean Camp trzecią łódź. Jej widok podziałał orzeźwiająco, posępny nastrój zniknął.


Z końcem lutego dryf stał się szybszy. Pierwszy oficer Greenstreet zanotował: "Odległość od Paulet wynosi 94 mile (174 km), ciekaw jestem, czy kiedyś tam dotrzemy?" James, fizyk wyprawy: "Pluskwana pojedynczej molekule tlenu na wietrze sztormowym miałaby taką samą mniej więcej szansę przepowiedzenia, gdzie może wylądować".
Marzec 1916 roku, wreszcie przyszła długo oczekiwana zmiana.

Na zewnątrz wszystko wyglądało tak samo. Lód nadal był ściśnięty, a horyzont rozmyty we mgle. Pole kry falowało w rytmie oceanicznego kołysania. Pragnęli wyzwolić się z lodowego uścisku, ale też zdawali sobie sprawę z tego, jak bardzo opadli z sił. Wszyscy byli schorowani, głód coraz częściej zaglądał im w oczy. Jedli mięso z ostatnich psów, które kazał zastrzelić Shackleton. Było nawet smaczne, dużo lepsze niż focze. Ale nie wystarczyło go na długo. Z końcem marca minęli Wyspę Pauleta. Lód nadal trzymał obóz w uścisku, a prąd wynosił ich w miejsce, gdzie schodzą się Cieśniny Drake'a i Bransfielda. Ten region Antarktyki nie bez powodu został nazwany piekłem oceanu.

9 kwietnia 1916 roku, 491 dzień wyprawy, kra znowu pękła. Namiot Shackletona zdążyli zwinąć w ostatnim momencie, w chwilę później rozwarta się pod nim szczelina. Wszystko było spakowane, Shackleton stojąc na lodowym występie wypatrywał wodnych kanałów. Wreszcie padł długo oczekiwany okrzyk: łodzie na wodę! Pół godziny później wiosłowali jak opętani ku krawędzi paku, by jak najszybciej dostać się na otwarte wody oceanu. Zanim dotarli na Wyspę Słoniową, przeszli drogę przez mękę. Walczyli z gigantycznymi falami i siarczystym mrozem, głośno przeklinając wszystko i wszystkich. To był koniec lodowego wiezienia. Nie przeczuwali jednak, że najgorsze wciąż przed nimi.

Przez trzecią noc wiosłowali często się zmieniając. Bali się zasnąć, aby nie zamarznąć. A później kolejna, czwarta noc - też na wodzie. Przycumowali do kawałka kry, ale na lód już nie wyszli. Dokuczał im lodowaty wiatr wiejący od bieguna i spadająca z godziny na godzinę temperatura.

Do tego zaczął padać śnieg. Ubrania, które mieli na sobie, zamarzły. Pytali bez przerwy Worsleya: ile jeszcze do świtu? Wierzyli, że wschód słońca polepszy ich sytuację. Rankiem wiatr przybrał na sile. Przed południem łodzie wypłynęły zza pasa kry na odkryte wody. Fale uderzyły
ze zdwojoną siłą, wlewały się do środka. Wszystkich męczyła choroba morska. Od Wyspy Słoniowej dzieliło ich jeszcze 200 kilometrów. Dzień jakoś przetrzymali. Shackleton postanowił, że kolejną noc spędzą w dryfie. Łodzie związano ze sobą, aby nie rozproszyły się
w ciemnościach. Zapadł ponury zmierzch. Łomot w burty. To fale.

I dziwny chrzęst. To od zamarzającej od razu wody. Temperatura doszła do minus 25 stopni i nadal spadała. Nogami stali w wodzie, która bez przerwy gromadziła się na dnie łodzi. Buty filcowe niewiele dawały. Steward Blackborow nie czuł już stóp. Brak bólu to odmrożenie. Do tego wszystkiego mecząca biegunka. Ktoś zaczął płakać. I wtedy znaleźli na ten koszmar sposób. Ciskali przekleństwami na wszystko - na łodzie, fale i wiatr, na siebie nawzajem. Okrzyki wulgarnych słów wbijały się w świst wiatru, lecz były niczym modlitwa. I nad ranem wiatr ucichł. Niebo było bezchmurne, słońce dawało odrobinę ciepła. Odrąbali lód z burt łodzi i ruszyli ku wyspie oddalonej teraz już tylko o 55 kilometrów. O drugiej po południu dzieliło ich od niej zaledwie 18km.

Napotkali jednak prąd, który nie pozwolił im przybliżyć się do brzegu. Z gór i lodowców wyspy spadł huraganowy wiatr. Walka z prądami, wiatrem i falami trwała całą noc. Aż wreszcie udało im się wylądować na brzegu.

16 kwietnia 1916 roku, 497 dzień wyprawy Stali na nieruchomym, nie mogącym zatonąć lądzie. Byli u kresu sił. Niektórzy zataczali się, potykając o różne przeszkody, inni z wyczerpania dygotali na całym ciele. Zachowywali się jak w alkoholowym delirium. Mimo tak wielkiego osłabienia fizycznego wróciło im jednak poczucie bezpieczeństwa, które zostawili na "Endurance". Nic nie mogło rozstąpić się pod ich namiotami, głód przestał zaglądać w oczy. Na brzegu było sporo fok, słoni morskich i pingwinów. Słodka woda sączyła się na stokach.

Zapadli w pierwszy normalny sen. Obudziło ich ciepło słońca. Ale twarz Shackletona wciąż była zasępiona. Powyżej skrawka plaży, wysoko na skałach dostrzegł ślady przyboju. Skrawek lądu, który zajęli, był ustawicznie zatapiany przez fale. Musieli czym prędzej się wynosić. Kilkanaście kilometrów dalej znaleźli nowe miejsce na obóz - osłonięty od morza, długi kawałek plaży i góry skalisty przylądek. Ten skrawek brzegu miał jednak poważny mankament - przestali być chronieni przed huraganowymi wiatrami, spadającymi z górskich zboczy i pobliskiego lodowca.

"Nikt nas nie uratuje, jeśli nie uratujemy się sami" - tymi słowami Shackleton rozpoczął rozmowę z Worsleyem i Wildem. Zapadła decyzja. Przysposobią szalupę i Shackleton z pięcioma ludźmi wyruszy
do oddalonej o 1500 kilometrów Georgii Południowej. Kto popłynie? Mistrz nawigacji Frank Worsley, wesoły marynarz Tun McCarthy i zaprawiony w trudach Tom Crean. I jeszcze dwóch, znanych z trudnego charakteru, których nie można zostawić na wyspie - marynarz Vincent i cieśla McNeish. Dowództwo nad pozostałymi objął Frank Wilde.


24 kwietnia poniedziałek, wielkanocny, szalupa o nazwie "James Caird" - z brezentowymi żaglami, podwyższonymi burtami i dorobionym pokładem, wypełniona balastem z kamieni - odbiła od brzegu. "Szczęśliwej drogi, szefie!" - wołali pozostali na plaży. Najwięksi optymiści czynili zakłady, że pomoc pojawi się za tydzień, najbardziej ostrożni mówili o miesiącu. To była górna granica ich wytrzymałości, tak przynajmniej twierdził lekarz Macklin. Na schronienie wykuli pieczarę w lodowcu, jednak pomysł okazał się chybiony. Od ciepła ich ciał potoki wody spływały po ścianach. Zbudowali więc chatę z pozostałych łodzi, kamieni i resztek namiotów. Leżąc w niej w czasie huraganów zastanawiali się, który z podmuchów rozwali tę konstrukcję.

Chata miała jednak wytrzymać więcej niż im się wydawało, Minął maj, skończył się czerwiec, nadeszły pierwsze dni polarnej zimy. Dzień stawał się coraz krótszy, lód wypełnił pobliską zatokę, śnieg wciskał się przez wszystkie szpary. Uczyli się żyć w tych warunkach. Kwitł handel wymienny tym, co posiadali. Rozbrzmiewały śpiewy, lekarze wykonywali drobne zabiegi, a nawet zdecydowali się amputować odmrożoną stopę Blackborowa. Z każdym dniem spędzali coraz więcej czasu na pobliskim cyplu i wypatrywali statku ratowniczego. Pisali pamiętniki. 6 sierpnia Hurley, fotograf wyprawy, zanotował: "Idealna pogoda dla statku, gdyby przybył". 14 sierpnia, fizyk James: "Jedliśmy wodorosty. Smak mają dziwny, ale zawsze to jakaś odmiana". 19 sierpnia, Orde-Lees: "Nie powinniśmy łudzić się dłużej".

3 maja 1916 roku, 8 dzień od opuszczenia Wyspy Słoniowej Tymczasem załoga Jamesa Cairda" miała za sobą walkę z kilkudniowym huraganem. Dobę podzielili na czterogodzinne wachty - przy sterze i pod pokładem. Bryzgi lodowatej wody, mróz i sztywne ubranie. Cierpliwie znosili mękę przy wypompowywaniu wody i harówkę przy przesuwaniu balastu. Kamienie bez przerwy zmieniały swe położenie na tej huśtającej się łupinie. Do tego dochodziła walka z oblodzeniem burt, takielunku, pokładu. Pod pokładem rosły długie sople.

Po dziesięciu dniach podróży dystans dzielący ich od upragnionej Georgii Południowej zmniejszył siędo 460 km. Pierwszym członkiem załogi, którego opuściły siły, był marynarz Vincent. Zemdlał i w bezruchu leżał pod pokładem. McNeishowi też niewiele brakowało do załamania. W dodatku kończyła się im woda pitna, bowiem jedna z beczek została skażona wodą morską. Pili tę breję, co wzmagało jeszcze pragnienie. Ale nawet ta beczka była na ukończeniu. Shackleton zezwolił każdemu z członków załogi na picie ćwierć litra dziennie.

Na szczęście huragan ucichł i wyszło nawet słońce. Pomiar pozycji. Milczeli czekając na wynik. Znajdowali się około 700 kilometrów od Wyspy Słoniowej. Po trzech następnych dniach wiatr uderzył znowu, tym razem z północnego zachodu. Temperatura spadła do minus 15 stopni. Łódź przedzierała się przez uderzające od dziobu grzywacze. I wtedy od rufy nadciągnęła potężna fala - szarobrody. Najpierw usłyszeli syk, a potem wszędzie była tylko woda. Wylewali ją w szaleńczym tempie, przekonani, że następne uderzenie ich zatopi. Jedyne, co pozostało, to dryfować dziobem do nadchodzących fal.

Tak zastał ich kolejny świt. W ciągu dnia odkryli, że woda do picia
w jedynej pozostałej beczce jest słona i zanieczyszczona. Tego dnia Worsley złapał zarys słońca przez mgłę. Obliczył, że do wyspy powinni mieć tylko 120 kilometrów.
8 maja, 13 dzień rejsu "Jamesa Cairda" Według Worsleya powinni być około 20 kilometrów od brzegu. W południe okrzyk Yincenta
zelektryzował wszystkich. Wskazał na unoszące się na powierzchni glony i wtedy z powietrza doszedł trzepot skrzydeł przelatujących kormoranów. To oznaczało bliskość upragnionej wyspy. Na prawo od dziobu, w prześwicie między chmurami, ujrzeli przez moment wierzchołek góry z ośnieżonymi zboczami. Worsley rozpoznał Cap Demidov.

Zbliżali się
do Georgii Południowej. "Daliśmy radę" - to było jedyne zdanie, jakie padło z ust Shackletona. W tym momencie przypomniał sobie słowa, których nauczył się podczas tej wyprawy: "Morza nie zwycięża się nigdy, co najwyżej można nie zostać pokonanym". Wzdłuż brzegu strzelały gejzery wody. To nadbiegające z Hornu szarobrode rozbijały się o skały. Mieli nadzieję, że w odległej o 18 kilometrów Zatoce Haakona znajdą sprzyjające warunki. Kiedy tam płynęli, z południowego zachodu nadleciał orkan. Żeby nie dać się rozbić o skały, musieli zawrócić na otwarte morze. Fale uderzały z taką siłą, że rozchylały się belki na dziobie, a strugi wody wdzierały poprzez szwy. Walka o życie trwała nieprzerwanie przez kolejny dzień i noc, po czym wichura osłabła.

10 maja 1916 roku, 522 dzień wyprawy, 15 rejsu "Jamesa Cairda" Zaczęło już zmierzchać, gdy szyper odkrył wąską zatoczkę. O piątej po południu przybili do lądu. Najpierw dotarł do nich szmer płynącego strumienia. Nie pili nic już od dwóch dni. W skałach ogradzających wąską plażę odkryli niewielką pieczarę. Pomyśleli, że nareszcie będą mogli przespać się w suchym miejscu. Znaleźli trawę, którą wyścielili żwirowe dno kryjówki. Do gotowania i ogrzewania służyło im drewno wyrzucone przez morzena brzeg. Na jednym ze wzniesień natrafili na gniazda albatrosów. Świeże mięso wzmocniło wyczerpanych podróżników. Shackleton pozwolił swoim ludziom na czterodniowy odpoczynek.

Zatoka Haakona, gdzie się znajdowali, leży po zachodniej stronie Georgii Południowej, Do najbliższej osady wielorybniczej było ponad 200 kilometrów drogą morską. Łódź nie przetrwałaby tej podróży, gdyż rozłaziła się w szwach. Pozostawała droga w poprzek wyspy. Było to około 40 kilometrów przez górskie urwiska i spękane lodowce - rejon nie tknięty ludzką stopą.
19 maja W nocy księżyc rozświetlił szczyty górskie. Shackleton, Worsleyi Crean rozpoczęli wspinaczkę na przełęcz. Za kijki służyły
im deski z pokładu łodzi, w śliskie podeszwy butów wbili gwoździe.

Nie mieli plecaków, więc zamiast nich powiesili na szyi związane sznurkiem pakunki. Ekwipunek postanowili zredukować do minimum. Zabrali prowiant na trzy dni, jeden prymus z pełnym zbiornikiem paliwa, ale bez dodatkowej rezerwy, małą patelnię i siekierę. Zrezygnowali ze śpiworów. Wiedzieli bowiem, że muszą dojść do celu bez dłuższych postojów. Przez cały dzień wspinali się na kolejne przełęcze i ryzykowali zjazdy stromymi zboczami. Mieli do dyspozycji niezbyt dokładną mapę z 1911 roku. Wielokrotnie błądzili wśród rozczapierzonych na wszystkie strony grani. Tak zastała ich druga noc.

20 maja o brzasku zaczęli schodzić ku kolejnej dolinie, mając nadzieję, że wyprowadzi ich do stacji wielorybniczej. Potwierdzenie przyszłoo siódmej rano -usłyszeli dźwięk gwizdka parowego, oznajmiającego początek porannej zmiany wielorybników. W dali było już widać osadę Stromness. Byli skrajnie wycieńczeni, lecz ten widok wyzwolił w nich resztki sił. I wtedy nagle znaleźli się w potrzasku. Drogę zagrodziły im lodowe i wodne wodospady. Zaryzykowali więc, ufając siekierce, gwoździom w butach i kawałkowi liny. Wreszcie w strumieniach lodowatej wody zjechali w dół. Przed nimi była stacja.

Minął 532 dzień, od kiedy opuścili pobliskie Grytyiken na pokładzie "Endurance". Trzej śmiałkowie mieli bardzo dużo szczęścia, gdyż podczas swojego 37-godzinnego marszu trafili na wyjątkowo korzystne warunki atmosferyczne. Okazało się później, że był to najdłuższy okres dobrej pogody w zimie 1916 roku na Georgii Południowej. Dzień później statek wielorybniczy "Samson" przywiózł pozostałą trójkę z Zatoki Haakona. Natomiast trzy próby uratowania 22 członków wyprawy koczujących na Wyspie Słoniowej nie powiodły się.

Za każdym razem drogę zagradzał lód. Kiedy niemal wszyscy stracili nadzieję, Shackleton zaryzykował po raz czwarty i nareszcie trafił
na wolne od lodu przejście.
30 sierpnia 1916 roku, 127 dni po odpłynięciu "Jamesa Cairda" Rozbitkowie na Wyspie Słoniowej ujrzeli dym z komina statku. Shackleton zapytał - "Czy wszyscy zdrowi?" "Tak, wierzyliśmy w ciebie, szefie" - odparli.

Ta wiara w słynnego podróżnika przetrwała wiele lat. Najlepiej ją charakteryzuje powiedzenie wielorybników z Georgii Południowej: "Kiedy znajdziesz się w sytuacji, z której nie ma wyjścia, klęknij i módl się o Shackletona".
Tekst zapożyczony z czasopisma FOCUS